Francuskie. Belgijskie. Z majonezem. Z sosem z piklami. Poutine. Z masłem. Z sosem czosnkowym. Z bekonem. Z serem. Z jalapeno. Z rybą. Lub po prostu z ketchupem.

Mówcie co chcecie o frytkach najlepszych na świecie. Nikt nie robi takich, jakie przyrządza mój kochany dziadzio! Są absolutnie bezkonkurencyjne. To tak jak z zupą ogórkową babci. Każdy może się starać przybliżyć jej smak, a nigdy nie wyjdzie taka sama. (Niestety, mamuś, Twoja jest dobra, ale to jednak nie babcina… :-)) ).

Spędziłam właśnie bardzo miłe trzy dni z dziadkami, obejrzałam mnóstwo starych zdjęć, usłyszałam mnóstwo zabawnych rodzinnych historii i zjadłam MNÓSTWO frytek. Takich jakie jadłam kiedyś.

Tak właściwie to nie wiem, co jest w nich takiego wyjątkowego. Może samo wspomnienie dzieciństwa, kiedy jechałam na wakacje i mogłam wcinać ziemniaki pod taką postacią dzień w dzień (choć za ziemniakami nie przepadam). Męczyłam babcię o zaplecenie stu warkoczyków na głowie, a dziadzio obierał i kroił ziemniaki w cienkie słupki. Smażył je w prodiżu (przeznaczonym wyłącznie do smażenia frytek i pączków), kilka minut skwierczenia, po czym lądowały na talerzu razem z jajkiem sadzonym i mizerią.
Najlepsze frytki na świecie.